niedziela, 8 listopada 2015

Ciemne dziedzictwo

Trudno właściwie stwierdzić jako kto Austria brała udział w II Wojnie. Owszem, są Austriacy praktycznie rzecz biorąc Niemcami i 10% społeczeństwa należało do NSDAP – później odbierze im się na dziesięć lat prawo wyborcze – ale Anschluß to było jednak niedobrowolne zniesienie państwowości młodej republiki, poza tym działał ruch oporu, który znaczył ściany symbolem „O5” – zachował się taki na przedniej fasadzie Katedry Szczepana i jest chroniony szybką.

Tylko nie pytajcie mnie co oprócz ulotek robiło O5

Wiadomo skądinąd że na terenach niemieckich w procesie edukacji położony jest duży nacisk na te 12 lat zeszłego wieku, nawet kosztem innych epok. I ten czynnik uważałbym za decydujący o tym jak żywotna jest tutaj lewica czy też lewactwo. Wchodzę do sali wykładowej: na wszystkich stołach ulotki zapraszające na debaty o uchodźcach, ukazujące prawdę o HC Strache (o nim za chwilę). Idę do ubikacji, ściany pomazane wezwaniami do marszu przeciw faszyzmowi. Odpinam rower, na stojaku nalepki ‘Nazis raus’. Wiadomo że studenckie środowisko ma predylekcje do skrętu na lewo (oprócz wydziałów historii), ale mimo wszystko jest to ponadnormalne wzmożenie, tłumaczone jeszcze strachem przed Strachem.
Obecny lider FPÖ jest persona non grata całej reszty sceny politycznej. Znamienna strategia przedwyborcza partii NEOS (neoliberałowie): otóż twierdzą oni że partie do tej pory obecne w życiu publicznym wykazały swoją indolencję, bo nie potrafiły powstrzymać FPÖ, które rośnie w sondażach. „Tylko nowa siła jest w stanie powstrzymać Strache!”. Tak jakby Strache był przeciwnikiem w którego trzeba celować coraz to nowymi brońmi. O zawiłościach kampanii przedwyborczej zamieszczę jeszcze oddzielny post.

Fizjonomia odpowiednia do grania postnazistów (z lewej Strache)

Rozmawiałem ongi z pewną starszą, zadbaną panią. Wyjaśniałem jej jak wyglądało Powstanie Warszawskie. Raz po raz dopytywała o coś. Nie używała jednak przy tym formy ‘Niemcy’, tylko ‘naziści’: „a więc naziści zostali z tej strony?”. Ciekawe że mówiła równocześnie o Rosjanach, a przecież powinna konsekwentnie używać np. zwrotu „komuniści zostali po prawej stronie Wisły”. A broniących się Polaków trzeba by nazywać „obozem postsanacyjnym”. Chcąc przerwać te absurdalne tendencje, powiedziałem „die Deutsche”, choć nie miało to znaczyć „a więc także pani”. Spojrzała na mnie, jakbym powiedział na głos coś co jest wiadome, ale nie powinno się tego wypowiadać – jestem pewien że w którymś języku jest na takie coś słowo. Potem dołączyliśmy do rozmowy z dwoma Syryjczykami siedzącymi obok.

niedziela, 18 października 2015

Dziwności Austrii

Wszyscy mówią zamiast ‘dzień dobry’, ‘szczęść Boże’ [gruß Gott!], niezależnie od zapatrywań religijnych. Choć czasem słyszę po prostu ‘hallo!’. Może tak się rozpoznaje ateistów?
W kościele na mszy wikarzy chodzący z koszykami podają koszyk do końca rzędu, tak żeby każdy wrzucił co ma wrzucić, i czekają na jego powrót. Dzięki temu nie obchodzą rzędów z dwóch stron. W Polsce (i polskim kościele na Lansstraße) wikary nie wypuści koszyka z pieniędzmi z rąk. Gdybym chciał być dowcipny, powiedziałbym że boi się że nie wróci. Ale sobie daruję.

Kasjer w supermarkecie wyjmuje z kasetki resztę, jeszcze zanim wyjąłem cokolwiek z portfela. Mało jest widać nieprzewidywalności w klientach.
W drodze powrotnej zaszedłem do pizzerii obwieszonej włoskimi barwami, która była prowadzona przez Turka. Po obejrzeniu menu, wybrałem rusticana. Chciałem jeść na miejscu, ale gdy mnie zawołano pizza na ladzie leży w kartonie. Mówię, że wolałbym tutaj. W odpowiedzi słyszę, że wtedy nie dostanę puszki coli. Płacę 5,90 drobnymi, bo chcę się ich pozbyć. Liczę: jedno euro, euro dwadzieścia, dwa Turki liczą razem ze mną. W końcu tracą cierpliwość i jeden z nich wpycha mi do rąk tę pizzę krzycząc ‘take, take!’, pomimo że mam ręce zajęte saszetką i monetami. Dziwne że stracił cierpliwość dopiero gdy na ladzie leżało 5,80. Wspaniałomyślność za dziesięć centów. Jeszcze nikt mnie tu tak nie upokorzył. Zabieram karton i dreptam do siebie. Po drodze zaglądam do środka i widzę plasterki salami. Niedobrze. W swoim pokoju zdejmuję je i zjadam pizzę, która miała jakiś brudny olejowy posmak. Nazajutrz podrzucam salami w parku pod krzaki, dla ptaków albo szczurów.
W Austrii kominiarze wyglądają jak bandziory
Mój współwynajmujący mieszkanie w Landstraße, 26-letni Matthias, ma zwyczaj zapalania, gdy się zmierzcha, świateł w mieszkaniu: w kuchni, na korytarzu, w łazience. To chyba sposób na wytworzenie ogniska domowego, albo na odegnanie ciemnych sił. A może po prostu ułatwienie sobie przy wychodzeniu z pokoju (ale żeby aż wszystkie?). Za pierwszym razem pogasiłem je wszędzie. Później gasiłem pojedynczo, wybiórczo, nie chcąc podpaść współlokatorowi, któremu na tym rozjaśnieniu mieszkania musiało zależeć. Tak czy inaczej, da się dbać o ognisko domowe na bardziej ekologiczne sposoby.

Moimi współlokatorami było rodzeństwo, każde w osobnym pokoju: Matthias i Malina, która wróciła z Indonezji w ostatni tydzień mojego tam pobytu. Chciałem jej powiedzieć co znaczy malina po polsku, ale nie wiedziałem jak to jest po niemiecku. Spotkałem ją po paru tygodniach w klubie, gdzie była kelnerką. Wtedy już wiedziałem że malina to himbeere, więc jej to przekazuje. Zamiast się ucieszyć, ona stwierdza że na pewno to inaczej się pisze, że przez ‘y’. Ja mówię: „nie, tak samo”, a ona macha ręką jak na natręta i wraca do zbierania szklanek ze stołów.
Cyganie, gdy chcą dostawać więcej pieniędzy, zamieniają się w konie
Matthias, gdy pewnego dnia wzięło mu się na sprzątanie, bo poza tym oboje byli strasznymi bałaganiarzami, przykleił na ścianę obok spłuczki karteczkę proszącą o, jak to odczytałem, trafianie do muszli, żeby podłoga była czysta. Wieczorem tego samego dnia rozmawialiśmy, wówczas on zaprowadził mnie do łazienki, wykonał pantomimę siedzenia na klopie, pouczył mnie że tak mam sikać i zdjął karteczkę, w której jednak o to chodziło. Rozbawiło mnie to niepomiernie. Nie miałem zamiaru przestrzegać, ale pilnowałem się trochę bardziej żeby trafiać akurat do muszli. Potem znajomy z Polski powiedział, że jego austriacki współlokator też kazał mu tak sikać, mówiąc że tak robią wszyscy chłopacy w Austrii. Zapewne po spotkaniu polskich pobratymców są jeszcze bardziej przekonani o wyższości swojego sposobu. 

Sympatycznym zwyczajem jest, po wykładzie lub seminarium, pukanie knykciami w stół, co wyraża aprobatę i podziękę. Wiadomo że głupio po zwykłych zajęciach bić brawo, nawet gdy się uważa że były ciekawe. Pukanie to takie pół-klaskanie, które można stosować w codziennej praktyce akademickiej. Nie wiem wprawdzie czy nie przechodzi to w kurtuazyjny automatyzm, to znaczy czy po nudnych wykładach też się puka, np. żeby prowadzący nie poczuł się zawiedziony, podobnie jak po prostu wszystkim mówi się „do widzenia”. To akurat osłabiałoby wymowę tego gestu i odbierało mu jego polityczność, w sensie wyrażania woli powszechnej. Oklaski też taką wolę mają wyrażać, nawet jeśli w poszczególnych wypadkach mogę osobiście uważać że ten spektakl otrzymał za mało/za dużo braw. Jakkolwiek trudno sobie wyobrazić jak słaby spektakl musiałby być, by nie otrzymać braw w ogóle.

środa, 7 października 2015

Zajęcia niemieckiego

    Uczy naszą wielonarodowościową grupę Turek – Baktir, zatem można powiedzieć że nie mam z nativem, ale jest fajny, więc nie narzekam. Bardzo dobrze rysuje, czasem wręcz można pomyśleć że szuka okazji żeby coś zilustrować na tablicy.


   Gdy przerabiamy jakieś słówko lub zwrot, który on uzna za kluczowy, po kolei mamy wypowiadać jak to brzmi w naszym języku. A więc słyszymy: arabski, czeski, rosyjski, turecki, kantonezyjski, polski, francuski, włoski, japoński. Baktir stoi i stara się zapamiętywać, po to by następnym razem zaskoczyć: „in polnisch das ist: ktore”. Ponieważ na zajęcia uczęszcza jedna dziewczyna z Azerbejdżanu i jedna z Turcji, od czasu do czasu prowadzący wiedzie z nimi objaśniającą rozmowę po turecku, co mnie na początku bawiło, ale później już irytowało.
   Z Polski jest jeszcze pani na emeryturze, nazywa się Jolanta Czartoryska. Pomyślałem sobie, że jeśli tak wyglądała szlachta, to nie dziwo że rychło wyginęła (potem się dowiedziałem że ona się wżeniła, z czego jest bardzo dumna). Można ją scharakteryzować jako trzpiotkę o histerycznym śmiechu i zwyczaju potakiwania lektorowi, tak jakby jego słowa były kierowane osobiście do niej. Jej coraz to wypowiadane słowa „in Polnisch wir sagen…” [po polsku mówimy…] stały się anegdotyczne i włoszka Irene raz po raz je powtarzała.
  Gdy różne osoby wypowiadały się na zajęciach miałem wrażenie, że słyszę różne języki. Gdy mówiła Czeszka, słyszałem czeski, gdy Turczynka turecki, gdy Japonka japoński. Tylko gdy ja mówiłem, rzeczywiście słyszałem niemiecki.        
   Najbardziej zaznajomiłem się z Wing Tung, dziewczyną z Hong-Kongu, która nigdy nie mówiła że pochodzi z Chin, choć Hong-Kong do Chin należy. Staraliśmy się rozmawiać po niemiecku, dlatego dochodziło do nieporozumień. Raz gdy wychodziliśmy z muzeum rozpytać o ceny, stwierdziłem „mit vienna pass ist billiger”. Ona zapytała „was ist billiger?”. Ja, przyzwyczajony że któreś z nas dopytuje o słówko, wyjaśniam że „billiger” to wtedy gdy płaci się mniej pieniędzy. Ona pyta dalej „ja, aber was ist billiger?”. Przez chwilę zdębiałem, po czym zrozumiałem że nie pyta na metapoziomie, ale pozostaje na niwie rozmowy i po prostu chce wiedzieć co jest tańsze. Jak na kontakt kulturowy Chin z Polską i tak jest dobrze.
  Widok przez okno z sali lekcyjnej jest imponujący. Budowle harmonijnie uszeregowane wysokością, jakby ktoś je projektował mając na uwadze oś widokową z 3. piętra budynku AAI.


Ale kurs przyszło skończyć i zacząć prawdziwe wykłady po niemiecku.

piątek, 11 września 2015

das Fahrrad (dosł. koło-do-jeżdżenia)

Szukałem roweru, bo chodzenie pieszo jest dobre gdy wyborem, a nie koniecznością. Myślałem też o hulajnodze, dzięki asfaltowym chodnikom jej używanie jest rozpowszechnione.

W metrze

Wszedłem na polecony mi portal will-haben.at, czyli 'chcę mieć' i przedzierałem się przez różne znakomite oferty przecen z 299 e. na 50. W końcu wybrałem kilka typów, wśród nich był ordynarny góral koloru ciemnosrebrnego w cenie 80 e. To ogłoszenie miało tę zaletę że posiadało numer telefonu; wręcz sądzę że niepodawanie takiego numeru oznacza podświadomą niechęć do transakcji. Umówiłem się z cicho i niewyraźnie mówiącym facetem na szóstą, przed jego budynkiem, przechodząc coraz to z formy grzecznościowej (Sie) na ty (du) i na odwrót (jest to tzw. mówienie grzecznościowe, oprócz form odmiany których się akurat nie pamięta). Gdy przyszła pora, przychodzę szybkimi krokami – poganiał mnie sms-em – a tu rower okazuje się tak jak stoi różowy. Witam się z facetem (to że mówi niewyraźnie akurat się zgadza). Dotykam roweru, tak jakbym się oswajał. Facet, choć go o to nie proszę, unosi go i pokazuje zmiany przerzutek, zatrzymując dwie sekundy na każdej. W końcu pytam, bo widzę że widocznych usterek nie ma, czy mogę wypróbować. Trochę za mały, jak to wszystkie różowe rowery. Wsiadam, startuję całkiem lekko i oczywiście myślę sobie co by było jakbym przyspieszył i zniknął za rogiem. Zawracam i hamuję ze skrzypieniem, co nie było przez nikogo przewidywane. Pytam, niby żartobliwie: nie masz pan innego koloru? (haben Sie andere Farbe?). Na co on, że pięćdziesiąt. Potwierdza się moja zasada, że jak masz w głowie coś głupawego i żartobliwego, to mów, bo nie wiadomo co się z tego urodzi. Decyduję się. Wręczam mu z zakłopotaniem banknot 100 e., jak zwykle wtedy gdy ktoś robi obniżkę, a tu się okazuje że mam więcej. Biegnie gdzieś tam, czy do mieszkania, czy do sklepu rozmienić, a ja tym razem myślę co by było, gdyby tak nie wrócił do mnie (to chyba ten polski niski poziom zaufania społecznego). Dostaję resztę i odjeżdżam, rozważając czy jest w tym bicyklu coś nie tak, że chciał się go prędko pozbyć. Ale to już, rzecz jasna, wtręty nieco paranoiczne.
Jeżdżąc na nim czuję się jakbym korzystał ze swojego prezentu komunijnego. Ale przyspieszenie jest dobre, wyprzedzam innych rowerzystów (niektórych).

Mój niezbyt urodziwy rower na tle kwiaciarni.

poniedziałek, 7 września 2015

Powitanie

Do Austrii jechałem z Katowic autokarem siedząc obok chłopaka z Australii. Gdy to spostrzegłem (na jego paszporcie), wywołało to mój uśmiech, bo pomyślałem że być może pomylił kraje. A że takie mylenie się zdarza, świadczy że w Austrii ukuto hasło z dedykacją dla zagranicy: „there are no kangaroos in Austria”. Mieliśmy kontrolę graniczną w Polsce, i to pięćdziesiąt kilometrów od granicy. Uchodźców się boją, czy co. Turki i Kazachstan mieli skrupulatnie sprawdzone, reszta normalnie.
Po jeździe lokomocyjnie nieprzyjemnej, Wiedeń przywitał mnie hindusami, którzy patrzyli na mnie ni to przyjaźnie, ni to lubieżnie. Poszedłem na metro z niemiłosiernie ciężką torbą - jednak te walizki na kółkach to przełomowy jest wynalazek. Zanim wszedłem do biura biletowego, postałem przed wejściem i niby to obserwowałem przechodniów, ale tak naprawdę wahałem się czy użyć angielskiego jak taki typowy turysta, czy spróbować po niemiecku i wyjść na grzecznego przyjezdnego, najwyżej kupując zły bilet. Widzę na wystawie napisy Fahrkarten, co oznacza że jednak nie trzeba stosować tego nieszczęsnego ‘Tickets’, które łupią w polskich podręcznikach do niemca. No więc podchodzę do kasy, proszę co potrzebuję, pani mi odpowiada, ja dopytuję o ulgę, pani zaprzecza, pytam o przesiadkę (okrężnie, bo nie wiem jak jest ‘przesiadka’), pani potwierdza, i gotowe – trzymam w ręku drogi, lecz właściwy bilet. Piękny akt dialogiczny, to dobrze wróży mojemu wspinaniu się z poziomu A2 (zawsze mi się wydawało, że to A jest tam od ‘analfabety’).


Jeśli chcesz się w pracy pochwalić którędy jeździsz, kup sobie breloczek.

sobota, 5 września 2015

Wstęp

Będąc na obczyźnie rozpoczynam pisać bloga, co nie jest niczym nowym, bo z Holandii także pisałem i bardzo sobie to chwaliłem. Przygotowania do wyjazdu tradycyjnie nerwowe, ale jak mają być inne, jeżeli pod każdym ogłoszeniem o pokój już po godzinie widnieje kilkadziesiąt dopisków ‘pn!’ (privat nachricht/pryw. wiadomość). Miejsce jest dla jednej osoby, co rodzi pytanie, jak oni wszyscy gdzieś pozamieszkują, jak popyt odnajdzie podaż. Ja tego nie wiem, podobnie jak gdzie sam będę mieszkać od października, ale na razie trzeba się cieszyć wiedeńskim wrześniem.
Nazwa bloga to nawiązanie do austriackiej odmiany niemczyzny. W ogłoszeniach z opisem pokoju widziałem kilka razy tajemnicze Sessel. Sprawdziłem potem że to krzesło – mimo że wiedziałem iż krzesło to Stuhl. Potem zrozumiałem że to forma właściwa dla Austrii i polubiłem to słowo, bo wydaje się zniekształconym słowiańskim ‘krzesłem’, co bardziej słychać w ukraińskim ‘krislo’. Austriacki dialekt w ogóle wchłonął dużo od narodów poddanych Cesarstwu; z samego jedzenia: der Powidl, der Paradeiser (pomidor, wspólne z węg. i serb.), der Kukuruz (niem. nazwa der Mais), das Zuckerl (cukierek, niem. die Sussigkeit).
Melchior Wańkowicz opowiadał, że w byciu reportażystą potrzebna jest bezinteresowna ciekawość, która pchała go do takich rzeczy jak chodzenie za grupą turystów, aż dowie się skąd są. W tym sensie niezrozumiałe dla reportażysty jest pytanie „co cię to obchodzi?”. Blog to taki mały reportaż, ale ciekawości też potrzeba dużo.