piątek, 11 września 2015

das Fahrrad (dosł. koło-do-jeżdżenia)

Szukałem roweru, bo chodzenie pieszo jest dobre gdy wyborem, a nie koniecznością. Myślałem też o hulajnodze, dzięki asfaltowym chodnikom jej używanie jest rozpowszechnione.

W metrze

Wszedłem na polecony mi portal will-haben.at, czyli 'chcę mieć' i przedzierałem się przez różne znakomite oferty przecen z 299 e. na 50. W końcu wybrałem kilka typów, wśród nich był ordynarny góral koloru ciemnosrebrnego w cenie 80 e. To ogłoszenie miało tę zaletę że posiadało numer telefonu; wręcz sądzę że niepodawanie takiego numeru oznacza podświadomą niechęć do transakcji. Umówiłem się z cicho i niewyraźnie mówiącym facetem na szóstą, przed jego budynkiem, przechodząc coraz to z formy grzecznościowej (Sie) na ty (du) i na odwrót (jest to tzw. mówienie grzecznościowe, oprócz form odmiany których się akurat nie pamięta). Gdy przyszła pora, przychodzę szybkimi krokami – poganiał mnie sms-em – a tu rower okazuje się tak jak stoi różowy. Witam się z facetem (to że mówi niewyraźnie akurat się zgadza). Dotykam roweru, tak jakbym się oswajał. Facet, choć go o to nie proszę, unosi go i pokazuje zmiany przerzutek, zatrzymując dwie sekundy na każdej. W końcu pytam, bo widzę że widocznych usterek nie ma, czy mogę wypróbować. Trochę za mały, jak to wszystkie różowe rowery. Wsiadam, startuję całkiem lekko i oczywiście myślę sobie co by było jakbym przyspieszył i zniknął za rogiem. Zawracam i hamuję ze skrzypieniem, co nie było przez nikogo przewidywane. Pytam, niby żartobliwie: nie masz pan innego koloru? (haben Sie andere Farbe?). Na co on, że pięćdziesiąt. Potwierdza się moja zasada, że jak masz w głowie coś głupawego i żartobliwego, to mów, bo nie wiadomo co się z tego urodzi. Decyduję się. Wręczam mu z zakłopotaniem banknot 100 e., jak zwykle wtedy gdy ktoś robi obniżkę, a tu się okazuje że mam więcej. Biegnie gdzieś tam, czy do mieszkania, czy do sklepu rozmienić, a ja tym razem myślę co by było, gdyby tak nie wrócił do mnie (to chyba ten polski niski poziom zaufania społecznego). Dostaję resztę i odjeżdżam, rozważając czy jest w tym bicyklu coś nie tak, że chciał się go prędko pozbyć. Ale to już, rzecz jasna, wtręty nieco paranoiczne.
Jeżdżąc na nim czuję się jakbym korzystał ze swojego prezentu komunijnego. Ale przyspieszenie jest dobre, wyprzedzam innych rowerzystów (niektórych).

Mój niezbyt urodziwy rower na tle kwiaciarni.

poniedziałek, 7 września 2015

Powitanie

Do Austrii jechałem z Katowic autokarem siedząc obok chłopaka z Australii. Gdy to spostrzegłem (na jego paszporcie), wywołało to mój uśmiech, bo pomyślałem że być może pomylił kraje. A że takie mylenie się zdarza, świadczy że w Austrii ukuto hasło z dedykacją dla zagranicy: „there are no kangaroos in Austria”. Mieliśmy kontrolę graniczną w Polsce, i to pięćdziesiąt kilometrów od granicy. Uchodźców się boją, czy co. Turki i Kazachstan mieli skrupulatnie sprawdzone, reszta normalnie.
Po jeździe lokomocyjnie nieprzyjemnej, Wiedeń przywitał mnie hindusami, którzy patrzyli na mnie ni to przyjaźnie, ni to lubieżnie. Poszedłem na metro z niemiłosiernie ciężką torbą - jednak te walizki na kółkach to przełomowy jest wynalazek. Zanim wszedłem do biura biletowego, postałem przed wejściem i niby to obserwowałem przechodniów, ale tak naprawdę wahałem się czy użyć angielskiego jak taki typowy turysta, czy spróbować po niemiecku i wyjść na grzecznego przyjezdnego, najwyżej kupując zły bilet. Widzę na wystawie napisy Fahrkarten, co oznacza że jednak nie trzeba stosować tego nieszczęsnego ‘Tickets’, które łupią w polskich podręcznikach do niemca. No więc podchodzę do kasy, proszę co potrzebuję, pani mi odpowiada, ja dopytuję o ulgę, pani zaprzecza, pytam o przesiadkę (okrężnie, bo nie wiem jak jest ‘przesiadka’), pani potwierdza, i gotowe – trzymam w ręku drogi, lecz właściwy bilet. Piękny akt dialogiczny, to dobrze wróży mojemu wspinaniu się z poziomu A2 (zawsze mi się wydawało, że to A jest tam od ‘analfabety’).


Jeśli chcesz się w pracy pochwalić którędy jeździsz, kup sobie breloczek.

sobota, 5 września 2015

Wstęp

Będąc na obczyźnie rozpoczynam pisać bloga, co nie jest niczym nowym, bo z Holandii także pisałem i bardzo sobie to chwaliłem. Przygotowania do wyjazdu tradycyjnie nerwowe, ale jak mają być inne, jeżeli pod każdym ogłoszeniem o pokój już po godzinie widnieje kilkadziesiąt dopisków ‘pn!’ (privat nachricht/pryw. wiadomość). Miejsce jest dla jednej osoby, co rodzi pytanie, jak oni wszyscy gdzieś pozamieszkują, jak popyt odnajdzie podaż. Ja tego nie wiem, podobnie jak gdzie sam będę mieszkać od października, ale na razie trzeba się cieszyć wiedeńskim wrześniem.
Nazwa bloga to nawiązanie do austriackiej odmiany niemczyzny. W ogłoszeniach z opisem pokoju widziałem kilka razy tajemnicze Sessel. Sprawdziłem potem że to krzesło – mimo że wiedziałem iż krzesło to Stuhl. Potem zrozumiałem że to forma właściwa dla Austrii i polubiłem to słowo, bo wydaje się zniekształconym słowiańskim ‘krzesłem’, co bardziej słychać w ukraińskim ‘krislo’. Austriacki dialekt w ogóle wchłonął dużo od narodów poddanych Cesarstwu; z samego jedzenia: der Powidl, der Paradeiser (pomidor, wspólne z węg. i serb.), der Kukuruz (niem. nazwa der Mais), das Zuckerl (cukierek, niem. die Sussigkeit).
Melchior Wańkowicz opowiadał, że w byciu reportażystą potrzebna jest bezinteresowna ciekawość, która pchała go do takich rzeczy jak chodzenie za grupą turystów, aż dowie się skąd są. W tym sensie niezrozumiałe dla reportażysty jest pytanie „co cię to obchodzi?”. Blog to taki mały reportaż, ale ciekawości też potrzeba dużo.