niedziela, 18 października 2015

Dziwności Austrii

Wszyscy mówią zamiast ‘dzień dobry’, ‘szczęść Boże’ [gruß Gott!], niezależnie od zapatrywań religijnych. Choć czasem słyszę po prostu ‘hallo!’. Może tak się rozpoznaje ateistów?
W kościele na mszy wikarzy chodzący z koszykami podają koszyk do końca rzędu, tak żeby każdy wrzucił co ma wrzucić, i czekają na jego powrót. Dzięki temu nie obchodzą rzędów z dwóch stron. W Polsce (i polskim kościele na Lansstraße) wikary nie wypuści koszyka z pieniędzmi z rąk. Gdybym chciał być dowcipny, powiedziałbym że boi się że nie wróci. Ale sobie daruję.

Kasjer w supermarkecie wyjmuje z kasetki resztę, jeszcze zanim wyjąłem cokolwiek z portfela. Mało jest widać nieprzewidywalności w klientach.
W drodze powrotnej zaszedłem do pizzerii obwieszonej włoskimi barwami, która była prowadzona przez Turka. Po obejrzeniu menu, wybrałem rusticana. Chciałem jeść na miejscu, ale gdy mnie zawołano pizza na ladzie leży w kartonie. Mówię, że wolałbym tutaj. W odpowiedzi słyszę, że wtedy nie dostanę puszki coli. Płacę 5,90 drobnymi, bo chcę się ich pozbyć. Liczę: jedno euro, euro dwadzieścia, dwa Turki liczą razem ze mną. W końcu tracą cierpliwość i jeden z nich wpycha mi do rąk tę pizzę krzycząc ‘take, take!’, pomimo że mam ręce zajęte saszetką i monetami. Dziwne że stracił cierpliwość dopiero gdy na ladzie leżało 5,80. Wspaniałomyślność za dziesięć centów. Jeszcze nikt mnie tu tak nie upokorzył. Zabieram karton i dreptam do siebie. Po drodze zaglądam do środka i widzę plasterki salami. Niedobrze. W swoim pokoju zdejmuję je i zjadam pizzę, która miała jakiś brudny olejowy posmak. Nazajutrz podrzucam salami w parku pod krzaki, dla ptaków albo szczurów.
W Austrii kominiarze wyglądają jak bandziory
Mój współwynajmujący mieszkanie w Landstraße, 26-letni Matthias, ma zwyczaj zapalania, gdy się zmierzcha, świateł w mieszkaniu: w kuchni, na korytarzu, w łazience. To chyba sposób na wytworzenie ogniska domowego, albo na odegnanie ciemnych sił. A może po prostu ułatwienie sobie przy wychodzeniu z pokoju (ale żeby aż wszystkie?). Za pierwszym razem pogasiłem je wszędzie. Później gasiłem pojedynczo, wybiórczo, nie chcąc podpaść współlokatorowi, któremu na tym rozjaśnieniu mieszkania musiało zależeć. Tak czy inaczej, da się dbać o ognisko domowe na bardziej ekologiczne sposoby.

Moimi współlokatorami było rodzeństwo, każde w osobnym pokoju: Matthias i Malina, która wróciła z Indonezji w ostatni tydzień mojego tam pobytu. Chciałem jej powiedzieć co znaczy malina po polsku, ale nie wiedziałem jak to jest po niemiecku. Spotkałem ją po paru tygodniach w klubie, gdzie była kelnerką. Wtedy już wiedziałem że malina to himbeere, więc jej to przekazuje. Zamiast się ucieszyć, ona stwierdza że na pewno to inaczej się pisze, że przez ‘y’. Ja mówię: „nie, tak samo”, a ona macha ręką jak na natręta i wraca do zbierania szklanek ze stołów.
Cyganie, gdy chcą dostawać więcej pieniędzy, zamieniają się w konie
Matthias, gdy pewnego dnia wzięło mu się na sprzątanie, bo poza tym oboje byli strasznymi bałaganiarzami, przykleił na ścianę obok spłuczki karteczkę proszącą o, jak to odczytałem, trafianie do muszli, żeby podłoga była czysta. Wieczorem tego samego dnia rozmawialiśmy, wówczas on zaprowadził mnie do łazienki, wykonał pantomimę siedzenia na klopie, pouczył mnie że tak mam sikać i zdjął karteczkę, w której jednak o to chodziło. Rozbawiło mnie to niepomiernie. Nie miałem zamiaru przestrzegać, ale pilnowałem się trochę bardziej żeby trafiać akurat do muszli. Potem znajomy z Polski powiedział, że jego austriacki współlokator też kazał mu tak sikać, mówiąc że tak robią wszyscy chłopacy w Austrii. Zapewne po spotkaniu polskich pobratymców są jeszcze bardziej przekonani o wyższości swojego sposobu. 

Sympatycznym zwyczajem jest, po wykładzie lub seminarium, pukanie knykciami w stół, co wyraża aprobatę i podziękę. Wiadomo że głupio po zwykłych zajęciach bić brawo, nawet gdy się uważa że były ciekawe. Pukanie to takie pół-klaskanie, które można stosować w codziennej praktyce akademickiej. Nie wiem wprawdzie czy nie przechodzi to w kurtuazyjny automatyzm, to znaczy czy po nudnych wykładach też się puka, np. żeby prowadzący nie poczuł się zawiedziony, podobnie jak po prostu wszystkim mówi się „do widzenia”. To akurat osłabiałoby wymowę tego gestu i odbierało mu jego polityczność, w sensie wyrażania woli powszechnej. Oklaski też taką wolę mają wyrażać, nawet jeśli w poszczególnych wypadkach mogę osobiście uważać że ten spektakl otrzymał za mało/za dużo braw. Jakkolwiek trudno sobie wyobrazić jak słaby spektakl musiałby być, by nie otrzymać braw w ogóle.

środa, 7 października 2015

Zajęcia niemieckiego

    Uczy naszą wielonarodowościową grupę Turek – Baktir, zatem można powiedzieć że nie mam z nativem, ale jest fajny, więc nie narzekam. Bardzo dobrze rysuje, czasem wręcz można pomyśleć że szuka okazji żeby coś zilustrować na tablicy.


   Gdy przerabiamy jakieś słówko lub zwrot, który on uzna za kluczowy, po kolei mamy wypowiadać jak to brzmi w naszym języku. A więc słyszymy: arabski, czeski, rosyjski, turecki, kantonezyjski, polski, francuski, włoski, japoński. Baktir stoi i stara się zapamiętywać, po to by następnym razem zaskoczyć: „in polnisch das ist: ktore”. Ponieważ na zajęcia uczęszcza jedna dziewczyna z Azerbejdżanu i jedna z Turcji, od czasu do czasu prowadzący wiedzie z nimi objaśniającą rozmowę po turecku, co mnie na początku bawiło, ale później już irytowało.
   Z Polski jest jeszcze pani na emeryturze, nazywa się Jolanta Czartoryska. Pomyślałem sobie, że jeśli tak wyglądała szlachta, to nie dziwo że rychło wyginęła (potem się dowiedziałem że ona się wżeniła, z czego jest bardzo dumna). Można ją scharakteryzować jako trzpiotkę o histerycznym śmiechu i zwyczaju potakiwania lektorowi, tak jakby jego słowa były kierowane osobiście do niej. Jej coraz to wypowiadane słowa „in Polnisch wir sagen…” [po polsku mówimy…] stały się anegdotyczne i włoszka Irene raz po raz je powtarzała.
  Gdy różne osoby wypowiadały się na zajęciach miałem wrażenie, że słyszę różne języki. Gdy mówiła Czeszka, słyszałem czeski, gdy Turczynka turecki, gdy Japonka japoński. Tylko gdy ja mówiłem, rzeczywiście słyszałem niemiecki.        
   Najbardziej zaznajomiłem się z Wing Tung, dziewczyną z Hong-Kongu, która nigdy nie mówiła że pochodzi z Chin, choć Hong-Kong do Chin należy. Staraliśmy się rozmawiać po niemiecku, dlatego dochodziło do nieporozumień. Raz gdy wychodziliśmy z muzeum rozpytać o ceny, stwierdziłem „mit vienna pass ist billiger”. Ona zapytała „was ist billiger?”. Ja, przyzwyczajony że któreś z nas dopytuje o słówko, wyjaśniam że „billiger” to wtedy gdy płaci się mniej pieniędzy. Ona pyta dalej „ja, aber was ist billiger?”. Przez chwilę zdębiałem, po czym zrozumiałem że nie pyta na metapoziomie, ale pozostaje na niwie rozmowy i po prostu chce wiedzieć co jest tańsze. Jak na kontakt kulturowy Chin z Polską i tak jest dobrze.
  Widok przez okno z sali lekcyjnej jest imponujący. Budowle harmonijnie uszeregowane wysokością, jakby ktoś je projektował mając na uwadze oś widokową z 3. piętra budynku AAI.


Ale kurs przyszło skończyć i zacząć prawdziwe wykłady po niemiecku.