środa, 6 stycznia 2016

Tomek opój

W tytule to nie o mnie, natomiast o moim współpokojniku, który na trzeciego zamieszkał na podłodze. Raczył nas sobą tylko przez tydzień, lecz był to czas intensywny, którego skutki sięgają po dni dzisiejsze. Opowiedzmy to od początku.Wcześniej na materacu pomieszkiwał Andrzej, którego w myślach kojarzyłem z poduszką, bo zwykł leżeć z nią na głowie, nie zaś pod głową, jak czynią normalnie ludzie. Wyprowadził się, i dobrze, bo wydawało mu się że sama duża różnica wieku daje prawo czynienia mi gniewnych uwag, np. o tym że moje nieprane prześcieradło stanie się lada chwila zarzewiem tyfusu (dokładnie o tyfusie wspominał). Właściwie to pokój jest domyślnie dwuosobowy i ta trzecia osoba przekształca pensjonat w zakład penitencjarny, pod względem przestrzeni życiowej. Jednak gdy właścicielka (Polka) ogłosiła że ma kogoś nowego, nie protestowałem, zwiedziony niższym czynszem i chyba też perspektywą, że nowa osoba to zawsze potencjalny kamrat, zwłaszcza że z resztą ferajny układało mi się tak sobie (w sensie: oni sobie, ja sobie). Najbardziej zależało mi żeby był kumaty, by nie rzec inteligentny, choć tym słowem tak naprawdę określamy tych co nadają z nami na tych samych falach. Właścicielka podawała, że przez telefon zrobił wrażenie kulturalnego.
Wreszcie przyszedł. Rozmawiał z właścicielką na korytarzu, prawie nic nie mówił, tak jakby był onieśmielony. Niby dopiero oglądał, ale było to formalnością. Otworzyły się drzwi, zobaczyłem jego twarz – było w niej coś nieuleczalnie głupiego. Właścicielka zapytała go, patrząc na materac, czy ma swoją kołdrę. „Kordłę?” – powtórzył (ale przestawiając zgłoski) – „mam”. Prześcieradło? „Jeżeli się nie mylę… mam.” (a jak można się mylić w takiej rzeczy?). Byłem zdruzgotany, wprowadzał się do mnie głąb.
Jednak z biegiem czasu ujął mnie kontaktowością, tak jakby nadrabiał tym swoje niedostatki. Zadawałem się z nim najbardziej z całego domu. Raz gdy szukałem swoich rzeczy znalazłem u niego woreczek z marihuaną. Kilka chwil potem wychodził z pokoju, mówiąc że „idzie na chmurkę”. Zaczepnie zapytałem „a ty tylko tytoń palisz?”. Zawahał się, jakby obliczał prawdopodobieństwo czy mogę być z policji. Wreszcie odparł: „A nie tylko. Wolę to niż na przykład wódkę.” Te słowa, pomimo że przyznałem im początkowo słuszność, wydały mi się później, gdy poznałem inne fakty, znamienne.
Innym razem, gdy jak zwykle wróciłem o zmroku, wchodząc do pokoju ujrzałem widok zaskakujący: Karol leży i śpi na łóżku, a Tomek na swoim materacu ogląda sobie teledyski z głośnym dźwiękiem. Było to dla mnie z lekka szokujące właśnie dlatego, że ja zawsze starałem się chodzić na paluszkach. Tomek tłumaczy że nie ma słuchawek. Zaczyna do mnie gadać (to ta jego kontaktowość). Od tego zrywa się Karol, wykrzykuje: „co to jest, k…, jarmark?!”, i położywszy się znowu zasypia – tak mocny miał sen. Tak czy inaczej, każę Tomkowi po tej piosence wyłączyć. On na to, że ta, następna i jeszcze następna, i wyłączy. Ja mówię „nie, wyłączasz teraz”. Ustąpił, bo ostatecznie nie był złym.
Innym razem wstał z materaca i chciał wyjść z pokoju, lecz nie mógł, bo tak się chwiał. Naiwny, myślałem że to niedociśnienie, które objawia się zawrotami przy wstawaniu, sam takie mam. Przekręcił się i wpadł do mojego łóżka. To później stało się tematem niezliczonych żartów ( o wiadomym podtekście) i rechotu ekipy z Mörthgasse 6. Nie spałem wtedy, tylko bawiłem się komórką. Sądziłem że wstanie od razu i powędruje. Ale on siedzi, mniej więcej w połowie łóżka. Klepię go mocno, i mówię „ale wiesz, że to nie jest twoje łóżko?”. Coś odburkuje i się podnosi.
Gdy staliśmy we trójkę z Darkiem w kuchni, a było to jakieś święto, bo w Austrii dużo jest świąt, Tomek stwierdził iż chce mu się piwa. Sklepy pozamykane. Wobec jego chcicy, tłumaczymy mu jak dojechać na stację benzynową. Gdy wrócił, opowiedział jak to trafił gdzie indziej. Kupił dla siebie sześciopak. To też jeszcze nie wydało mi się anormalne.
Zwierzał mi się. Trochę dzięki mojemu ciągnięciu za język. Lubił prowadzić auto, robił maślankowate oczy gdy o tym opowiadał. Lubił też pić, różne trunki. Gdy ktoś ma te dwie pasje, nie może się to dobrze skończyć. Siedział w Austrii za jazdę po pijaku, również w Wlk. Brytanii za ucieczkę przed policjantami. W Polsce siedział dwa lata „za to że broniłem kolegi”. Ten wyrok właśnie skończył, co skrzętnie ukrył przed właścicielką, której przedstawił swoją sytuację jako czasowo bez pracy, gdyż w zimie budowlanka ma przestój. Oczywiście ja popieram próby resocjalizacji, nawet jeżeli wiążą się z zakrywaniem złej przeszłości.
Nagle gruchnęła wiadomość, że Tomek ma się wyprowadzić. Właścicielka patrzyła surowym okiem na jego pijaństwo. Odwiedziła dom cztery razy, i za każdym Tomek był wstawiony. Raz leżał ze spodniami spuszczonymi do kostek. Wkurzyła się i zastosowała politykę zero tolerancji – pomimo że w chacie wszyscy piją. Tomek jednak pił szczególnie: tyle samo co reszta, ale doprowadzało go to do rauszu. Przypominał mi w tym jakiegoś Indianina, którego organizm nie metabolizuje alkoholu, dlatego uzależnia się i łatwo upija. Podzieliłem się tym z resztą, oni przypomnieli że miał usuwaną śledzionę; ale to raczej nie ten trop. Wydaje mi się że jego matka mogła pić podczas ciąży, stąd by się też brał subtelny wyraz imbecylizmu na jego obliczu. W każdym razie, on niespiesznie opuszczał tutejsze kąty. „Do brata nie chcę wracać, bo dopiero co od niego wyszedłem” – mówił. Właścicielka przyjechała żeby ostatecznie i dobitnie dać do zrozumienia, że nie życzy sobie takich ludzi, chociażby dlatego że ma zły wpływ na resztę (w gruncie rzeczy, było odwrotnie). Twierdziła że okłamał ją przez telefon, bo powiedział że nie ma nałogów. Ale mi na pytanie, czy jest alkoholikiem, odpowiedział że nie, więc chyba faktycznie nie miał nałogów. Negocjował, by zostać jeszcze tydzień, albo do końca miesiąca. Ona nie mówiła nie, dopóki nie usłyszała od niego, że „pani jest taka fałszywa…”, co wzbudziło jej zrozumiały gniew. Wtedy kardynalnie postanowiła, że do jutra ma go nie być.
Nazajutrz wparowała do domu, a on siedział z nami w kuchni i popijał wódeczkę. Tak naprawdę myślę że była to wszystko wina towarzystwa, a on po prostu nie odmawiał. Powymieniała z nim parę nerwowych uwag, a potem, widząc że to nie zmierza nigdzie, poszła do pokoju wynieść materac na którym spał. Tomek wyszedł. Ona wróciła od auta, żeby pogadać i odreagować. W tym czasie Tomek wrócił po coś, a Darek kazał mu siedzieć w pokoju dopóki nie wyjdzie i wtedy będzie mógł mieszkać dalej. Właścicielka, poczciwa baba, nic się nie zorientowała, i gdy już wychodziła, stanęła w progu pokoju, na którego końcu na ławie siedział Tomek, i zwróciła się do mnie: „dobrze, że już sobie poszedł, prawda?”. Spojrzałem kątem oka na niego i odparłem: „sympatyczny był”. Odpowiedziała coś w rodzaju: „no był, ale z tym pijaństwem…”. Pojechała sobie. On został jeszcze na parę godzin, ale ostatecznie też poszedł, bo uznał że na ławie spać nie będzie. Wszystkie rzeczy i walizy zostawił na miejscu.
Wydawało się, że to koniec naszej przygody z Tomkiem, który pozostanie barwną anegdotą, gdy zaczęło się dziać coś niepokojącego. Piotrek z pokoju obok gorączkowo zastanawiał się gdzie zostawił portfel. Szukali w pokoju, w kurtce, w samochodzie, lecz go nie było. Wreszcie Karol przygnał do domu z portfelem, w którym były dokumenty, ale nie było pieniędzy! Znalazł go w ogródku, przy furtce – ogłosił. A zatem Tomek był zepsuty do cna i odchodząc okradł jeszcze kolegę. Popędziłem do swojego schowka pod ławą, by przeliczyć pieniądze. Było ich dużo, ale najgorsze że nie wiedziałem ile powinno być. Gdyby ukradł wszystko, w mig bym spostrzegł, ale jeśli wyjął pięćdziesiątkę lub setkę, to ani bym zauważył. Przeżyłem wieczór pełen niepokoju, który w końcu ukoiłem myślą, że taki awanturnik raczej nie patyczkowałby się i wziął całość.
Od momentu wskazania winnego, w domu obowiązywały zaostrzone środki ostrożności. Wszystkie drzwi, łącznie z tymi od pokojów, miały być zakluczane. Tomek zapowiedział wszak, że wróci po swoje klamoty. Trzeba było doprowadzić do sytuacji, w której wszyscy domownicy są na miejscu, gdyż Tomek mógł przyjechać ze swoimi kumplami, albo bracholem, którego Darek widział i był z niego „taki byk”. Po długich mecyjach na temat kary, ogół uznał, że jak Tomek odda kasę, to zasługuje na liścia – widocznie jawiło się to jako bardziej honorowe niż pobicie, które też rozważano. Przejawiały się też psychologiczne wyjaśnienia czynu: najprostsze to że już mu wszystko zwisało i potrzebował pieniędzy. Ja podzieliłem się moim: będąc skrzywdzonym przez właścicielkę, miał potrzebę ukarania – a ponieważ nie mógł jej, w zastępstwie ukarał Piotrka. Grupa przyjęła to sceptycznie, choć przecież zdarzają się czynności w zastępstwie.
Każdy pilnował, żeby drzwi były pozamykane. Gdy obudziłem się o wpół do siódmej rano, bo chciało mi się siku, nie mogłem wyjść. Plaskam się w czoło: Karol mnie zakluczył, a ja mam klucze w kurtce. Rozglądam się co robić, bo nie będę wstrzymywać do nie wiadomo której. Otwieram okno, na dół jest koło dwóch metrów. Mając na sobie górę od piżamy i gacie, wyskakuję, sądząc że wrócę tą samą drogą. Gdy zrobiłem to, po co tam wyszedłem, wracam pod okno, gdzie stwierdzam że nie mogę się podciągnąć, bo jest za wysoko. Mogę dotknąć parapetu, ale to mnie nie przybliża do wskoczenia. Robi mi się zimno, to w końcu grudzień. Pukam końcami palców w szyby pokoju obok. Odzywa się kaszlenie – to Darek, któremu wykryli półtoracentymetrowego guza na płucach. Wołam: „Darek, Darek!”. Zero reakcji (czy można kaszleć przez sen?). Idę na taras, z nadzieją że może tam ktoś zapomniał drzwi zakluczyć. Nic z tego. Ale widzę stolik. Chwytam go, niosę pod okno, wdrapuję się do wyziębionego pokoju. Nareszcie mogę wślizgnąć się pod kołdrę i spać dalej. Gdy budzę się o zwykłej godzinie, czyli koło 11, wołam przez drzwi krzątającego się Darka, żeby wyjął z kieszeni klucze i mnie otworzył. Gdy wychodzę, on opowiada mi podenerwowany, że był tu ten Tomek, pijak, pukał mu w szyby i jeszcze wołał jego imię. Na pewno czekał aż wszyscy wyjdą, a zostanie tylko on, Darek, bo z nim się trzymał. On zaś chciał go jakoś przetrzymać i zadzwonić po chłopaków, żeby wrócili z pracy. Nie widział tylko czy przyjechał z bratem, czy sam. Nie wyprowadzałem go z błędu, bo trochę mnie bawiło to konspiracyjne odczytanie faktów, które rzeczywiście miały miejsce. Opowieść Darka o tym co zaszło poruszyła towarzystwo gdy wróciło z roboty.
Patrząc na walizy leżące na szafie, powoli przyzwyczajałem się do myśli, że Tomek już po nie przyjdzie, że przehandlował wszystkie swoje ubrania, kosmetyki i laptopa za 50 euro. To co zrobił nazwałem „zbrodnią antydoskonałą”, bo zawalił wszystko co było możliwe. Gdyby zabrał portfel, a nie wyrzucał go na trawę, mógłby wrócić i utrzymywać że nie ma z tym nic wspólnego, a Piotrek zgubił tenże na mieście. Jaka afera o jeden pugilares!
Wróciwszy po ponad dwóch tygodniach z przerwy zimowej, zobaczyłem ciuchy na swoim miejscu. Chciałem spytać kogoś, czy był, ale nawet nie było kogo, nie powracali jeszcze z tych swoich miasteczek. I właśnie gdy siedziałem na łóżku i myślałem czy tu był, usłyszałem gwałtowne stukanie. Podchodzę do okna, a tam nie kto inny jak Tomek, czystszy jakiś i ogarnięty. Mówi żebym go wpuścił, bo ma pracę i potrzebuje ciuchów. Ja mu na to, że nie wiem czy mogę go wpuścić, bo ukradł portfel. On na to: „jaki portfel? nic nie ukradłem, to oczernianie.” Otworzyłem mu, gdyż nie odczuwałem wcale mocniejszych więzów lojalności do całej reszty niż do niego. Starałem się wymusić na nim deklarację, że jeszcze wróci, by doprowadzić wreszcie do konfrontacji, która rzuciłaby światło na sprawę (albo skończyłaby się na wzywaniu karetki). Pytałem go, jakby wierząc w elementarną szczerość jaka kryje się w każdym na dnie: „czy ukradłeś ten portfel?”.  „Za chuja wafla”, odpowiedział (wówczas poznałem takie określenie). Szukając, nigdzie nie widzieliśmy plecaka z maszynką do golenia i laptopem. Szybko domyśliliśmy się, że chłopacy to sobie schowali oddzielnie. Podałem Tomkowi numer do właścicielki. Dzwoni. Ona, rozpoznając kto to, wzdycha. Mówi o portfelu. On zaprzecza. Ona mówi, że był rzucony do ogródka. On, że nawet nie był tu nigdy w ogródku. Ona, no że tu, przy furtce. I że najlepiej jak zwróci tę kwotę i sprawa się rozwiąże. On, że nigdy w życiu, bo to będzie tak jakby się przyznał. Ona – kolejne westchnienie – że chyba sama będzie musiała pokryć. On co jakiś czas, bardzo inteligentnie wspominał, że przyjedzie tu z kimś/z chłopakami/z bratem. Trzeba znać troskę właścicielki o opinię u sąsiadów, by wiedzieć jakie to przerażenie musiało w niej wywołać. Dlatego posłała syna do nas, żeby odkluczył pokój Darka i Piotrka, by tam rozglądnęli się za plecakiem. Tomek zapewnił, że nic nie będzie ruszać, choć w obliczu jego zaprzeczenia udziału w kradzieży, nie powinno to mieć znaczenia.
W czasie gdy czekaliśmy, podzielił się ze mną swoją interpretacją, po tym gdy nagabywałem go, czy nie zrobił nigdy nic takiego po alkoholu, czego by później nie pamiętał – zrobił: wypił koledze wódkę, więc może jednak. W każdym razie, jako na potencjalnego złodzieja wskazał na Darka. Faktycznie, gdy o tym opowiadał, fakty zaczęły się ze sobą łączyć. Darek strasznie potrzebował forsy. Jechał na gwiazdkę do „tej swojej” i do córeczki. Co rusz chciał pożyczać a to sto euro, a to jeszcze ileś. Mieszka z Piotrkiem. A Tomka-pijaczka, Tomka-obszczymurka łatwo wrobić. Każdy uwierzy, że to on.
W końcu syn Kamili dotarł, w pokoju znajdował się plecak bez zawartości. Cóż, trzeba będzie to rozwiązywać dalej. Przynajmniej zyskał podwózkę do tamtąd, gdzie teraz mieszkał.
Karol i Piotrek przyjechali tego samego dnia wieczorem. Od razu spostrzegli, że rzeczy zniknęły. Piotrek, na zasadzie „ktoś jadł z mojej owsianki…”, twierdził stanowczo, że byli u niego, bo przeklucza na dwa razy, a teraz było na jeden. Opowiedziałem Karolowi wszystko, zmieniając tylko szczegóły, że to ów syn go wpuścił, a nie ja, bo wtedy to jakby działała ręka pańska. Zaraziłem go wersją, że to mógł ukraść Darek. Potem, gdy urządzili seans detektywistyczny w kuchni (bo wszystko ważne między robotnikami w tej chacie odbywa się w kuchni), Karol dodawał własne szczegóły: iż portfel ten leżał prosto na wylocie z okna. Piotrek niedowierzał. Nie mógł uwierzyć w taki nóż w plecy. Kuba mamrotał, nie dosłyszałem za którą był wersją. Było to wczoraj.
A ja nadal nie wiem, czy historia ta jest już kompletną, czy będzie miała swoje dalsze reperkusje.

Neon Wiednia

niedziela, 8 listopada 2015

Ciemne dziedzictwo

Trudno właściwie stwierdzić jako kto Austria brała udział w II Wojnie. Owszem, są Austriacy praktycznie rzecz biorąc Niemcami i 10% społeczeństwa należało do NSDAP – później odbierze im się na dziesięć lat prawo wyborcze – ale Anschluß to było jednak niedobrowolne zniesienie państwowości młodej republiki, poza tym działał ruch oporu, który znaczył ściany symbolem „O5” – zachował się taki na przedniej fasadzie Katedry Szczepana i jest chroniony szybką.

Tylko nie pytajcie mnie co oprócz ulotek robiło O5

Wiadomo skądinąd że na terenach niemieckich w procesie edukacji położony jest duży nacisk na te 12 lat zeszłego wieku, nawet kosztem innych epok. I ten czynnik uważałbym za decydujący o tym jak żywotna jest tutaj lewica czy też lewactwo. Wchodzę do sali wykładowej: na wszystkich stołach ulotki zapraszające na debaty o uchodźcach, ukazujące prawdę o HC Strache (o nim za chwilę). Idę do ubikacji, ściany pomazane wezwaniami do marszu przeciw faszyzmowi. Odpinam rower, na stojaku nalepki ‘Nazis raus’. Wiadomo że studenckie środowisko ma predylekcje do skrętu na lewo (oprócz wydziałów historii), ale mimo wszystko jest to ponadnormalne wzmożenie, tłumaczone jeszcze strachem przed Strachem.
Obecny lider FPÖ jest persona non grata całej reszty sceny politycznej. Znamienna strategia przedwyborcza partii NEOS (neoliberałowie): otóż twierdzą oni że partie do tej pory obecne w życiu publicznym wykazały swoją indolencję, bo nie potrafiły powstrzymać FPÖ, które rośnie w sondażach. „Tylko nowa siła jest w stanie powstrzymać Strache!”. Tak jakby Strache był przeciwnikiem w którego trzeba celować coraz to nowymi brońmi. O zawiłościach kampanii przedwyborczej zamieszczę jeszcze oddzielny post.

Fizjonomia odpowiednia do grania postnazistów (z lewej Strache)

Rozmawiałem ongi z pewną starszą, zadbaną panią. Wyjaśniałem jej jak wyglądało Powstanie Warszawskie. Raz po raz dopytywała o coś. Nie używała jednak przy tym formy ‘Niemcy’, tylko ‘naziści’: „a więc naziści zostali z tej strony?”. Ciekawe że mówiła równocześnie o Rosjanach, a przecież powinna konsekwentnie używać np. zwrotu „komuniści zostali po prawej stronie Wisły”. A broniących się Polaków trzeba by nazywać „obozem postsanacyjnym”. Chcąc przerwać te absurdalne tendencje, powiedziałem „die Deutsche”, choć nie miało to znaczyć „a więc także pani”. Spojrzała na mnie, jakbym powiedział na głos coś co jest wiadome, ale nie powinno się tego wypowiadać – jestem pewien że w którymś języku jest na takie coś słowo. Potem dołączyliśmy do rozmowy z dwoma Syryjczykami siedzącymi obok.

niedziela, 18 października 2015

Dziwności Austrii

Wszyscy mówią zamiast ‘dzień dobry’, ‘szczęść Boże’ [gruß Gott!], niezależnie od zapatrywań religijnych. Choć czasem słyszę po prostu ‘hallo!’. Może tak się rozpoznaje ateistów?
W kościele na mszy wikarzy chodzący z koszykami podają koszyk do końca rzędu, tak żeby każdy wrzucił co ma wrzucić, i czekają na jego powrót. Dzięki temu nie obchodzą rzędów z dwóch stron. W Polsce (i polskim kościele na Lansstraße) wikary nie wypuści koszyka z pieniędzmi z rąk. Gdybym chciał być dowcipny, powiedziałbym że boi się że nie wróci. Ale sobie daruję.

Kasjer w supermarkecie wyjmuje z kasetki resztę, jeszcze zanim wyjąłem cokolwiek z portfela. Mało jest widać nieprzewidywalności w klientach.
W drodze powrotnej zaszedłem do pizzerii obwieszonej włoskimi barwami, która była prowadzona przez Turka. Po obejrzeniu menu, wybrałem rusticana. Chciałem jeść na miejscu, ale gdy mnie zawołano pizza na ladzie leży w kartonie. Mówię, że wolałbym tutaj. W odpowiedzi słyszę, że wtedy nie dostanę puszki coli. Płacę 5,90 drobnymi, bo chcę się ich pozbyć. Liczę: jedno euro, euro dwadzieścia, dwa Turki liczą razem ze mną. W końcu tracą cierpliwość i jeden z nich wpycha mi do rąk tę pizzę krzycząc ‘take, take!’, pomimo że mam ręce zajęte saszetką i monetami. Dziwne że stracił cierpliwość dopiero gdy na ladzie leżało 5,80. Wspaniałomyślność za dziesięć centów. Jeszcze nikt mnie tu tak nie upokorzył. Zabieram karton i dreptam do siebie. Po drodze zaglądam do środka i widzę plasterki salami. Niedobrze. W swoim pokoju zdejmuję je i zjadam pizzę, która miała jakiś brudny olejowy posmak. Nazajutrz podrzucam salami w parku pod krzaki, dla ptaków albo szczurów.
W Austrii kominiarze wyglądają jak bandziory
Mój współwynajmujący mieszkanie w Landstraße, 26-letni Matthias, ma zwyczaj zapalania, gdy się zmierzcha, świateł w mieszkaniu: w kuchni, na korytarzu, w łazience. To chyba sposób na wytworzenie ogniska domowego, albo na odegnanie ciemnych sił. A może po prostu ułatwienie sobie przy wychodzeniu z pokoju (ale żeby aż wszystkie?). Za pierwszym razem pogasiłem je wszędzie. Później gasiłem pojedynczo, wybiórczo, nie chcąc podpaść współlokatorowi, któremu na tym rozjaśnieniu mieszkania musiało zależeć. Tak czy inaczej, da się dbać o ognisko domowe na bardziej ekologiczne sposoby.

Moimi współlokatorami było rodzeństwo, każde w osobnym pokoju: Matthias i Malina, która wróciła z Indonezji w ostatni tydzień mojego tam pobytu. Chciałem jej powiedzieć co znaczy malina po polsku, ale nie wiedziałem jak to jest po niemiecku. Spotkałem ją po paru tygodniach w klubie, gdzie była kelnerką. Wtedy już wiedziałem że malina to himbeere, więc jej to przekazuje. Zamiast się ucieszyć, ona stwierdza że na pewno to inaczej się pisze, że przez ‘y’. Ja mówię: „nie, tak samo”, a ona macha ręką jak na natręta i wraca do zbierania szklanek ze stołów.
Cyganie, gdy chcą dostawać więcej pieniędzy, zamieniają się w konie
Matthias, gdy pewnego dnia wzięło mu się na sprzątanie, bo poza tym oboje byli strasznymi bałaganiarzami, przykleił na ścianę obok spłuczki karteczkę proszącą o, jak to odczytałem, trafianie do muszli, żeby podłoga była czysta. Wieczorem tego samego dnia rozmawialiśmy, wówczas on zaprowadził mnie do łazienki, wykonał pantomimę siedzenia na klopie, pouczył mnie że tak mam sikać i zdjął karteczkę, w której jednak o to chodziło. Rozbawiło mnie to niepomiernie. Nie miałem zamiaru przestrzegać, ale pilnowałem się trochę bardziej żeby trafiać akurat do muszli. Potem znajomy z Polski powiedział, że jego austriacki współlokator też kazał mu tak sikać, mówiąc że tak robią wszyscy chłopacy w Austrii. Zapewne po spotkaniu polskich pobratymców są jeszcze bardziej przekonani o wyższości swojego sposobu. 

Sympatycznym zwyczajem jest, po wykładzie lub seminarium, pukanie knykciami w stół, co wyraża aprobatę i podziękę. Wiadomo że głupio po zwykłych zajęciach bić brawo, nawet gdy się uważa że były ciekawe. Pukanie to takie pół-klaskanie, które można stosować w codziennej praktyce akademickiej. Nie wiem wprawdzie czy nie przechodzi to w kurtuazyjny automatyzm, to znaczy czy po nudnych wykładach też się puka, np. żeby prowadzący nie poczuł się zawiedziony, podobnie jak po prostu wszystkim mówi się „do widzenia”. To akurat osłabiałoby wymowę tego gestu i odbierało mu jego polityczność, w sensie wyrażania woli powszechnej. Oklaski też taką wolę mają wyrażać, nawet jeśli w poszczególnych wypadkach mogę osobiście uważać że ten spektakl otrzymał za mało/za dużo braw. Jakkolwiek trudno sobie wyobrazić jak słaby spektakl musiałby być, by nie otrzymać braw w ogóle.

środa, 7 października 2015

Zajęcia niemieckiego

    Uczy naszą wielonarodowościową grupę Turek – Baktir, zatem można powiedzieć że nie mam z nativem, ale jest fajny, więc nie narzekam. Bardzo dobrze rysuje, czasem wręcz można pomyśleć że szuka okazji żeby coś zilustrować na tablicy.


   Gdy przerabiamy jakieś słówko lub zwrot, który on uzna za kluczowy, po kolei mamy wypowiadać jak to brzmi w naszym języku. A więc słyszymy: arabski, czeski, rosyjski, turecki, kantonezyjski, polski, francuski, włoski, japoński. Baktir stoi i stara się zapamiętywać, po to by następnym razem zaskoczyć: „in polnisch das ist: ktore”. Ponieważ na zajęcia uczęszcza jedna dziewczyna z Azerbejdżanu i jedna z Turcji, od czasu do czasu prowadzący wiedzie z nimi objaśniającą rozmowę po turecku, co mnie na początku bawiło, ale później już irytowało.
   Z Polski jest jeszcze pani na emeryturze, nazywa się Jolanta Czartoryska. Pomyślałem sobie, że jeśli tak wyglądała szlachta, to nie dziwo że rychło wyginęła (potem się dowiedziałem że ona się wżeniła, z czego jest bardzo dumna). Można ją scharakteryzować jako trzpiotkę o histerycznym śmiechu i zwyczaju potakiwania lektorowi, tak jakby jego słowa były kierowane osobiście do niej. Jej coraz to wypowiadane słowa „in Polnisch wir sagen…” [po polsku mówimy…] stały się anegdotyczne i włoszka Irene raz po raz je powtarzała.
  Gdy różne osoby wypowiadały się na zajęciach miałem wrażenie, że słyszę różne języki. Gdy mówiła Czeszka, słyszałem czeski, gdy Turczynka turecki, gdy Japonka japoński. Tylko gdy ja mówiłem, rzeczywiście słyszałem niemiecki.        
   Najbardziej zaznajomiłem się z Wing Tung, dziewczyną z Hong-Kongu, która nigdy nie mówiła że pochodzi z Chin, choć Hong-Kong do Chin należy. Staraliśmy się rozmawiać po niemiecku, dlatego dochodziło do nieporozumień. Raz gdy wychodziliśmy z muzeum rozpytać o ceny, stwierdziłem „mit vienna pass ist billiger”. Ona zapytała „was ist billiger?”. Ja, przyzwyczajony że któreś z nas dopytuje o słówko, wyjaśniam że „billiger” to wtedy gdy płaci się mniej pieniędzy. Ona pyta dalej „ja, aber was ist billiger?”. Przez chwilę zdębiałem, po czym zrozumiałem że nie pyta na metapoziomie, ale pozostaje na niwie rozmowy i po prostu chce wiedzieć co jest tańsze. Jak na kontakt kulturowy Chin z Polską i tak jest dobrze.
  Widok przez okno z sali lekcyjnej jest imponujący. Budowle harmonijnie uszeregowane wysokością, jakby ktoś je projektował mając na uwadze oś widokową z 3. piętra budynku AAI.


Ale kurs przyszło skończyć i zacząć prawdziwe wykłady po niemiecku.

piątek, 11 września 2015

das Fahrrad (dosł. koło-do-jeżdżenia)

Szukałem roweru, bo chodzenie pieszo jest dobre gdy wyborem, a nie koniecznością. Myślałem też o hulajnodze, dzięki asfaltowym chodnikom jej używanie jest rozpowszechnione.

W metrze

Wszedłem na polecony mi portal will-haben.at, czyli 'chcę mieć' i przedzierałem się przez różne znakomite oferty przecen z 299 e. na 50. W końcu wybrałem kilka typów, wśród nich był ordynarny góral koloru ciemnosrebrnego w cenie 80 e. To ogłoszenie miało tę zaletę że posiadało numer telefonu; wręcz sądzę że niepodawanie takiego numeru oznacza podświadomą niechęć do transakcji. Umówiłem się z cicho i niewyraźnie mówiącym facetem na szóstą, przed jego budynkiem, przechodząc coraz to z formy grzecznościowej (Sie) na ty (du) i na odwrót (jest to tzw. mówienie grzecznościowe, oprócz form odmiany których się akurat nie pamięta). Gdy przyszła pora, przychodzę szybkimi krokami – poganiał mnie sms-em – a tu rower okazuje się tak jak stoi różowy. Witam się z facetem (to że mówi niewyraźnie akurat się zgadza). Dotykam roweru, tak jakbym się oswajał. Facet, choć go o to nie proszę, unosi go i pokazuje zmiany przerzutek, zatrzymując dwie sekundy na każdej. W końcu pytam, bo widzę że widocznych usterek nie ma, czy mogę wypróbować. Trochę za mały, jak to wszystkie różowe rowery. Wsiadam, startuję całkiem lekko i oczywiście myślę sobie co by było jakbym przyspieszył i zniknął za rogiem. Zawracam i hamuję ze skrzypieniem, co nie było przez nikogo przewidywane. Pytam, niby żartobliwie: nie masz pan innego koloru? (haben Sie andere Farbe?). Na co on, że pięćdziesiąt. Potwierdza się moja zasada, że jak masz w głowie coś głupawego i żartobliwego, to mów, bo nie wiadomo co się z tego urodzi. Decyduję się. Wręczam mu z zakłopotaniem banknot 100 e., jak zwykle wtedy gdy ktoś robi obniżkę, a tu się okazuje że mam więcej. Biegnie gdzieś tam, czy do mieszkania, czy do sklepu rozmienić, a ja tym razem myślę co by było, gdyby tak nie wrócił do mnie (to chyba ten polski niski poziom zaufania społecznego). Dostaję resztę i odjeżdżam, rozważając czy jest w tym bicyklu coś nie tak, że chciał się go prędko pozbyć. Ale to już, rzecz jasna, wtręty nieco paranoiczne.
Jeżdżąc na nim czuję się jakbym korzystał ze swojego prezentu komunijnego. Ale przyspieszenie jest dobre, wyprzedzam innych rowerzystów (niektórych).

Mój niezbyt urodziwy rower na tle kwiaciarni.