W tytule to nie o mnie, natomiast o moim współpokojniku,
który na trzeciego zamieszkał na podłodze. Raczył nas sobą tylko przez tydzień,
lecz był to czas intensywny, którego skutki sięgają po dni dzisiejsze.
Opowiedzmy to od początku.Wcześniej na materacu pomieszkiwał Andrzej, którego w myślach kojarzyłem z
poduszką, bo zwykł leżeć z nią na głowie, nie zaś pod głową, jak czynią normalnie
ludzie. Wyprowadził się, i dobrze, bo wydawało mu się że sama duża różnica
wieku daje prawo czynienia mi gniewnych uwag, np. o tym że moje nieprane
prześcieradło stanie się lada chwila zarzewiem tyfusu (dokładnie o tyfusie
wspominał). Właściwie to pokój jest domyślnie dwuosobowy i ta trzecia osoba przekształca
pensjonat w zakład penitencjarny, pod względem przestrzeni życiowej. Jednak gdy
właścicielka (Polka) ogłosiła że ma kogoś nowego, nie protestowałem, zwiedziony
niższym czynszem i chyba też perspektywą, że nowa osoba to zawsze potencjalny
kamrat, zwłaszcza że z resztą ferajny układało mi się tak sobie (w sensie: oni
sobie, ja sobie). Najbardziej zależało mi żeby był kumaty, by nie rzec
inteligentny, choć tym słowem tak naprawdę określamy tych co nadają z nami na
tych samych falach. Właścicielka podawała, że przez telefon zrobił wrażenie
kulturalnego.
Wreszcie przyszedł. Rozmawiał z właścicielką na korytarzu, prawie nic nie mówił, tak jakby był onieśmielony. Niby dopiero oglądał, ale było to formalnością. Otworzyły się drzwi, zobaczyłem jego twarz – było w niej coś nieuleczalnie głupiego. Właścicielka zapytała go, patrząc na materac, czy ma swoją kołdrę. „Kordłę?” – powtórzył (ale przestawiając zgłoski) – „mam”. Prześcieradło? „Jeżeli się nie mylę… mam.” (a jak można się mylić w takiej rzeczy?). Byłem zdruzgotany, wprowadzał się do mnie głąb.
Jednak z biegiem czasu ujął mnie kontaktowością, tak jakby nadrabiał tym swoje niedostatki. Zadawałem się z nim najbardziej z całego domu. Raz gdy szukałem swoich rzeczy znalazłem u niego woreczek z marihuaną. Kilka chwil potem wychodził z pokoju, mówiąc że „idzie na chmurkę”. Zaczepnie zapytałem „a ty tylko tytoń palisz?”. Zawahał się, jakby obliczał prawdopodobieństwo czy mogę być z policji. Wreszcie odparł: „A nie tylko. Wolę to niż na przykład wódkę.” Te słowa, pomimo że przyznałem im początkowo słuszność, wydały mi się później, gdy poznałem inne fakty, znamienne.
Innym razem, gdy jak zwykle wróciłem o zmroku, wchodząc do pokoju ujrzałem widok zaskakujący: Karol leży i śpi na łóżku, a Tomek na swoim materacu ogląda sobie teledyski z głośnym dźwiękiem. Było to dla mnie z lekka szokujące właśnie dlatego, że ja zawsze starałem się chodzić na paluszkach. Tomek tłumaczy że nie ma słuchawek. Zaczyna do mnie gadać (to ta jego kontaktowość). Od tego zrywa się Karol, wykrzykuje: „co to jest, k…, jarmark?!”, i położywszy się znowu zasypia – tak mocny miał sen. Tak czy inaczej, każę Tomkowi po tej piosence wyłączyć. On na to, że ta, następna i jeszcze następna, i wyłączy. Ja mówię „nie, wyłączasz teraz”. Ustąpił, bo ostatecznie nie był złym.
Innym razem wstał z materaca i chciał wyjść z pokoju, lecz nie mógł, bo tak się chwiał. Naiwny, myślałem że to niedociśnienie, które objawia się zawrotami przy wstawaniu, sam takie mam. Przekręcił się i wpadł do mojego łóżka. To później stało się tematem niezliczonych żartów ( o wiadomym podtekście) i rechotu ekipy z Mörthgasse 6. Nie spałem wtedy, tylko bawiłem się komórką. Sądziłem że wstanie od razu i powędruje. Ale on siedzi, mniej więcej w połowie łóżka. Klepię go mocno, i mówię „ale wiesz, że to nie jest twoje łóżko?”. Coś odburkuje i się podnosi.
Gdy staliśmy we trójkę z Darkiem w kuchni, a było to jakieś święto, bo w Austrii dużo jest świąt, Tomek stwierdził iż chce mu się piwa. Sklepy pozamykane. Wobec jego chcicy, tłumaczymy mu jak dojechać na stację benzynową. Gdy wrócił, opowiedział jak to trafił gdzie indziej. Kupił dla siebie sześciopak. To też jeszcze nie wydało mi się anormalne.
Zwierzał mi się. Trochę dzięki mojemu ciągnięciu za język. Lubił prowadzić auto, robił maślankowate oczy gdy o tym opowiadał. Lubił też pić, różne trunki. Gdy ktoś ma te dwie pasje, nie może się to dobrze skończyć. Siedział w Austrii za jazdę po pijaku, również w Wlk. Brytanii za ucieczkę przed policjantami. W Polsce siedział dwa lata „za to że broniłem kolegi”. Ten wyrok właśnie skończył, co skrzętnie ukrył przed właścicielką, której przedstawił swoją sytuację jako czasowo bez pracy, gdyż w zimie budowlanka ma przestój. Oczywiście ja popieram próby resocjalizacji, nawet jeżeli wiążą się z zakrywaniem złej przeszłości.
Nagle gruchnęła wiadomość, że Tomek ma się wyprowadzić. Właścicielka patrzyła surowym okiem na jego pijaństwo. Odwiedziła dom cztery razy, i za każdym Tomek był wstawiony. Raz leżał ze spodniami spuszczonymi do kostek. Wkurzyła się i zastosowała politykę zero tolerancji – pomimo że w chacie wszyscy piją. Tomek jednak pił szczególnie: tyle samo co reszta, ale doprowadzało go to do rauszu. Przypominał mi w tym jakiegoś Indianina, którego organizm nie metabolizuje alkoholu, dlatego uzależnia się i łatwo upija. Podzieliłem się tym z resztą, oni przypomnieli że miał usuwaną śledzionę; ale to raczej nie ten trop. Wydaje mi się że jego matka mogła pić podczas ciąży, stąd by się też brał subtelny wyraz imbecylizmu na jego obliczu. W każdym razie, on niespiesznie opuszczał tutejsze kąty. „Do brata nie chcę wracać, bo dopiero co od niego wyszedłem” – mówił. Właścicielka przyjechała żeby ostatecznie i dobitnie dać do zrozumienia, że nie życzy sobie takich ludzi, chociażby dlatego że ma zły wpływ na resztę (w gruncie rzeczy, było odwrotnie). Twierdziła że okłamał ją przez telefon, bo powiedział że nie ma nałogów. Ale mi na pytanie, czy jest alkoholikiem, odpowiedział że nie, więc chyba faktycznie nie miał nałogów. Negocjował, by zostać jeszcze tydzień, albo do końca miesiąca. Ona nie mówiła nie, dopóki nie usłyszała od niego, że „pani jest taka fałszywa…”, co wzbudziło jej zrozumiały gniew. Wtedy kardynalnie postanowiła, że do jutra ma go nie być.
Nazajutrz wparowała do domu, a on siedział z nami w kuchni i popijał wódeczkę. Tak naprawdę myślę że była to wszystko wina towarzystwa, a on po prostu nie odmawiał. Powymieniała z nim parę nerwowych uwag, a potem, widząc że to nie zmierza nigdzie, poszła do pokoju wynieść materac na którym spał. Tomek wyszedł. Ona wróciła od auta, żeby pogadać i odreagować. W tym czasie Tomek wrócił po coś, a Darek kazał mu siedzieć w pokoju dopóki nie wyjdzie i wtedy będzie mógł mieszkać dalej. Właścicielka, poczciwa baba, nic się nie zorientowała, i gdy już wychodziła, stanęła w progu pokoju, na którego końcu na ławie siedział Tomek, i zwróciła się do mnie: „dobrze, że już sobie poszedł, prawda?”. Spojrzałem kątem oka na niego i odparłem: „sympatyczny był”. Odpowiedziała coś w rodzaju: „no był, ale z tym pijaństwem…”. Pojechała sobie. On został jeszcze na parę godzin, ale ostatecznie też poszedł, bo uznał że na ławie spać nie będzie. Wszystkie rzeczy i walizy zostawił na miejscu.
Wydawało się, że to koniec naszej przygody z Tomkiem, który pozostanie barwną anegdotą, gdy zaczęło się dziać coś niepokojącego. Piotrek z pokoju obok gorączkowo zastanawiał się gdzie zostawił portfel. Szukali w pokoju, w kurtce, w samochodzie, lecz go nie było. Wreszcie Karol przygnał do domu z portfelem, w którym były dokumenty, ale nie było pieniędzy! Znalazł go w ogródku, przy furtce – ogłosił. A zatem Tomek był zepsuty do cna i odchodząc okradł jeszcze kolegę. Popędziłem do swojego schowka pod ławą, by przeliczyć pieniądze. Było ich dużo, ale najgorsze że nie wiedziałem ile powinno być. Gdyby ukradł wszystko, w mig bym spostrzegł, ale jeśli wyjął pięćdziesiątkę lub setkę, to ani bym zauważył. Przeżyłem wieczór pełen niepokoju, który w końcu ukoiłem myślą, że taki awanturnik raczej nie patyczkowałby się i wziął całość.
Od momentu wskazania winnego, w domu obowiązywały zaostrzone środki ostrożności. Wszystkie drzwi, łącznie z tymi od pokojów, miały być zakluczane. Tomek zapowiedział wszak, że wróci po swoje klamoty. Trzeba było doprowadzić do sytuacji, w której wszyscy domownicy są na miejscu, gdyż Tomek mógł przyjechać ze swoimi kumplami, albo bracholem, którego Darek widział i był z niego „taki byk”. Po długich mecyjach na temat kary, ogół uznał, że jak Tomek odda kasę, to zasługuje na liścia – widocznie jawiło się to jako bardziej honorowe niż pobicie, które też rozważano. Przejawiały się też psychologiczne wyjaśnienia czynu: najprostsze to że już mu wszystko zwisało i potrzebował pieniędzy. Ja podzieliłem się moim: będąc skrzywdzonym przez właścicielkę, miał potrzebę ukarania – a ponieważ nie mógł jej, w zastępstwie ukarał Piotrka. Grupa przyjęła to sceptycznie, choć przecież zdarzają się czynności w zastępstwie.
Każdy pilnował, żeby drzwi były pozamykane. Gdy obudziłem się o wpół do siódmej rano, bo chciało mi się siku, nie mogłem wyjść. Plaskam się w czoło: Karol mnie zakluczył, a ja mam klucze w kurtce. Rozglądam się co robić, bo nie będę wstrzymywać do nie wiadomo której. Otwieram okno, na dół jest koło dwóch metrów. Mając na sobie górę od piżamy i gacie, wyskakuję, sądząc że wrócę tą samą drogą. Gdy zrobiłem to, po co tam wyszedłem, wracam pod okno, gdzie stwierdzam że nie mogę się podciągnąć, bo jest za wysoko. Mogę dotknąć parapetu, ale to mnie nie przybliża do wskoczenia. Robi mi się zimno, to w końcu grudzień. Pukam końcami palców w szyby pokoju obok. Odzywa się kaszlenie – to Darek, któremu wykryli półtoracentymetrowego guza na płucach. Wołam: „Darek, Darek!”. Zero reakcji (czy można kaszleć przez sen?). Idę na taras, z nadzieją że może tam ktoś zapomniał drzwi zakluczyć. Nic z tego. Ale widzę stolik. Chwytam go, niosę pod okno, wdrapuję się do wyziębionego pokoju. Nareszcie mogę wślizgnąć się pod kołdrę i spać dalej. Gdy budzę się o zwykłej godzinie, czyli koło 11, wołam przez drzwi krzątającego się Darka, żeby wyjął z kieszeni klucze i mnie otworzył. Gdy wychodzę, on opowiada mi podenerwowany, że był tu ten Tomek, pijak, pukał mu w szyby i jeszcze wołał jego imię. Na pewno czekał aż wszyscy wyjdą, a zostanie tylko on, Darek, bo z nim się trzymał. On zaś chciał go jakoś przetrzymać i zadzwonić po chłopaków, żeby wrócili z pracy. Nie widział tylko czy przyjechał z bratem, czy sam. Nie wyprowadzałem go z błędu, bo trochę mnie bawiło to konspiracyjne odczytanie faktów, które rzeczywiście miały miejsce. Opowieść Darka o tym co zaszło poruszyła towarzystwo gdy wróciło z roboty.
Patrząc na walizy leżące na szafie, powoli przyzwyczajałem się do myśli, że Tomek już po nie przyjdzie, że przehandlował wszystkie swoje ubrania, kosmetyki i laptopa za 50 euro. To co zrobił nazwałem „zbrodnią antydoskonałą”, bo zawalił wszystko co było możliwe. Gdyby zabrał portfel, a nie wyrzucał go na trawę, mógłby wrócić i utrzymywać że nie ma z tym nic wspólnego, a Piotrek zgubił tenże na mieście. Jaka afera o jeden pugilares!
Wróciwszy po ponad dwóch tygodniach z przerwy zimowej, zobaczyłem ciuchy na swoim miejscu. Chciałem spytać kogoś, czy był, ale nawet nie było kogo, nie powracali jeszcze z tych swoich miasteczek. I właśnie gdy siedziałem na łóżku i myślałem czy tu był, usłyszałem gwałtowne stukanie. Podchodzę do okna, a tam nie kto inny jak Tomek, czystszy jakiś i ogarnięty. Mówi żebym go wpuścił, bo ma pracę i potrzebuje ciuchów. Ja mu na to, że nie wiem czy mogę go wpuścić, bo ukradł portfel. On na to: „jaki portfel? nic nie ukradłem, to oczernianie.” Otworzyłem mu, gdyż nie odczuwałem wcale mocniejszych więzów lojalności do całej reszty niż do niego. Starałem się wymusić na nim deklarację, że jeszcze wróci, by doprowadzić wreszcie do konfrontacji, która rzuciłaby światło na sprawę (albo skończyłaby się na wzywaniu karetki). Pytałem go, jakby wierząc w elementarną szczerość jaka kryje się w każdym na dnie: „czy ukradłeś ten portfel?”. „Za chuja wafla”, odpowiedział (wówczas poznałem takie określenie). Szukając, nigdzie nie widzieliśmy plecaka z maszynką do golenia i laptopem. Szybko domyśliliśmy się, że chłopacy to sobie schowali oddzielnie. Podałem Tomkowi numer do właścicielki. Dzwoni. Ona, rozpoznając kto to, wzdycha. Mówi o portfelu. On zaprzecza. Ona mówi, że był rzucony do ogródka. On, że nawet nie był tu nigdy w ogródku. Ona, no że tu, przy furtce. I że najlepiej jak zwróci tę kwotę i sprawa się rozwiąże. On, że nigdy w życiu, bo to będzie tak jakby się przyznał. Ona – kolejne westchnienie – że chyba sama będzie musiała pokryć. On co jakiś czas, bardzo inteligentnie wspominał, że przyjedzie tu z kimś/z chłopakami/z bratem. Trzeba znać troskę właścicielki o opinię u sąsiadów, by wiedzieć jakie to przerażenie musiało w niej wywołać. Dlatego posłała syna do nas, żeby odkluczył pokój Darka i Piotrka, by tam rozglądnęli się za plecakiem. Tomek zapewnił, że nic nie będzie ruszać, choć w obliczu jego zaprzeczenia udziału w kradzieży, nie powinno to mieć znaczenia.
W czasie gdy czekaliśmy, podzielił się ze mną swoją interpretacją, po tym gdy nagabywałem go, czy nie zrobił nigdy nic takiego po alkoholu, czego by później nie pamiętał – zrobił: wypił koledze wódkę, więc może jednak. W każdym razie, jako na potencjalnego złodzieja wskazał na Darka. Faktycznie, gdy o tym opowiadał, fakty zaczęły się ze sobą łączyć. Darek strasznie potrzebował forsy. Jechał na gwiazdkę do „tej swojej” i do córeczki. Co rusz chciał pożyczać a to sto euro, a to jeszcze ileś. Mieszka z Piotrkiem. A Tomka-pijaczka, Tomka-obszczymurka łatwo wrobić. Każdy uwierzy, że to on.
W końcu syn Kamili dotarł, w pokoju znajdował się plecak bez zawartości. Cóż, trzeba będzie to rozwiązywać dalej. Przynajmniej zyskał podwózkę do tamtąd, gdzie teraz mieszkał.
Karol i Piotrek przyjechali tego samego dnia wieczorem. Od razu spostrzegli, że rzeczy zniknęły. Piotrek, na zasadzie „ktoś jadł z mojej owsianki…”, twierdził stanowczo, że byli u niego, bo przeklucza na dwa razy, a teraz było na jeden. Opowiedziałem Karolowi wszystko, zmieniając tylko szczegóły, że to ów syn go wpuścił, a nie ja, bo wtedy to jakby działała ręka pańska. Zaraziłem go wersją, że to mógł ukraść Darek. Potem, gdy urządzili seans detektywistyczny w kuchni (bo wszystko ważne między robotnikami w tej chacie odbywa się w kuchni), Karol dodawał własne szczegóły: iż portfel ten leżał prosto na wylocie z okna. Piotrek niedowierzał. Nie mógł uwierzyć w taki nóż w plecy. Kuba mamrotał, nie dosłyszałem za którą był wersją. Było to wczoraj.
A ja nadal nie wiem, czy historia ta jest już kompletną, czy będzie miała swoje dalsze reperkusje.
Wreszcie przyszedł. Rozmawiał z właścicielką na korytarzu, prawie nic nie mówił, tak jakby był onieśmielony. Niby dopiero oglądał, ale było to formalnością. Otworzyły się drzwi, zobaczyłem jego twarz – było w niej coś nieuleczalnie głupiego. Właścicielka zapytała go, patrząc na materac, czy ma swoją kołdrę. „Kordłę?” – powtórzył (ale przestawiając zgłoski) – „mam”. Prześcieradło? „Jeżeli się nie mylę… mam.” (a jak można się mylić w takiej rzeczy?). Byłem zdruzgotany, wprowadzał się do mnie głąb.
Jednak z biegiem czasu ujął mnie kontaktowością, tak jakby nadrabiał tym swoje niedostatki. Zadawałem się z nim najbardziej z całego domu. Raz gdy szukałem swoich rzeczy znalazłem u niego woreczek z marihuaną. Kilka chwil potem wychodził z pokoju, mówiąc że „idzie na chmurkę”. Zaczepnie zapytałem „a ty tylko tytoń palisz?”. Zawahał się, jakby obliczał prawdopodobieństwo czy mogę być z policji. Wreszcie odparł: „A nie tylko. Wolę to niż na przykład wódkę.” Te słowa, pomimo że przyznałem im początkowo słuszność, wydały mi się później, gdy poznałem inne fakty, znamienne.
Innym razem, gdy jak zwykle wróciłem o zmroku, wchodząc do pokoju ujrzałem widok zaskakujący: Karol leży i śpi na łóżku, a Tomek na swoim materacu ogląda sobie teledyski z głośnym dźwiękiem. Było to dla mnie z lekka szokujące właśnie dlatego, że ja zawsze starałem się chodzić na paluszkach. Tomek tłumaczy że nie ma słuchawek. Zaczyna do mnie gadać (to ta jego kontaktowość). Od tego zrywa się Karol, wykrzykuje: „co to jest, k…, jarmark?!”, i położywszy się znowu zasypia – tak mocny miał sen. Tak czy inaczej, każę Tomkowi po tej piosence wyłączyć. On na to, że ta, następna i jeszcze następna, i wyłączy. Ja mówię „nie, wyłączasz teraz”. Ustąpił, bo ostatecznie nie był złym.
Innym razem wstał z materaca i chciał wyjść z pokoju, lecz nie mógł, bo tak się chwiał. Naiwny, myślałem że to niedociśnienie, które objawia się zawrotami przy wstawaniu, sam takie mam. Przekręcił się i wpadł do mojego łóżka. To później stało się tematem niezliczonych żartów ( o wiadomym podtekście) i rechotu ekipy z Mörthgasse 6. Nie spałem wtedy, tylko bawiłem się komórką. Sądziłem że wstanie od razu i powędruje. Ale on siedzi, mniej więcej w połowie łóżka. Klepię go mocno, i mówię „ale wiesz, że to nie jest twoje łóżko?”. Coś odburkuje i się podnosi.
Gdy staliśmy we trójkę z Darkiem w kuchni, a było to jakieś święto, bo w Austrii dużo jest świąt, Tomek stwierdził iż chce mu się piwa. Sklepy pozamykane. Wobec jego chcicy, tłumaczymy mu jak dojechać na stację benzynową. Gdy wrócił, opowiedział jak to trafił gdzie indziej. Kupił dla siebie sześciopak. To też jeszcze nie wydało mi się anormalne.
Zwierzał mi się. Trochę dzięki mojemu ciągnięciu za język. Lubił prowadzić auto, robił maślankowate oczy gdy o tym opowiadał. Lubił też pić, różne trunki. Gdy ktoś ma te dwie pasje, nie może się to dobrze skończyć. Siedział w Austrii za jazdę po pijaku, również w Wlk. Brytanii za ucieczkę przed policjantami. W Polsce siedział dwa lata „za to że broniłem kolegi”. Ten wyrok właśnie skończył, co skrzętnie ukrył przed właścicielką, której przedstawił swoją sytuację jako czasowo bez pracy, gdyż w zimie budowlanka ma przestój. Oczywiście ja popieram próby resocjalizacji, nawet jeżeli wiążą się z zakrywaniem złej przeszłości.
Nagle gruchnęła wiadomość, że Tomek ma się wyprowadzić. Właścicielka patrzyła surowym okiem na jego pijaństwo. Odwiedziła dom cztery razy, i za każdym Tomek był wstawiony. Raz leżał ze spodniami spuszczonymi do kostek. Wkurzyła się i zastosowała politykę zero tolerancji – pomimo że w chacie wszyscy piją. Tomek jednak pił szczególnie: tyle samo co reszta, ale doprowadzało go to do rauszu. Przypominał mi w tym jakiegoś Indianina, którego organizm nie metabolizuje alkoholu, dlatego uzależnia się i łatwo upija. Podzieliłem się tym z resztą, oni przypomnieli że miał usuwaną śledzionę; ale to raczej nie ten trop. Wydaje mi się że jego matka mogła pić podczas ciąży, stąd by się też brał subtelny wyraz imbecylizmu na jego obliczu. W każdym razie, on niespiesznie opuszczał tutejsze kąty. „Do brata nie chcę wracać, bo dopiero co od niego wyszedłem” – mówił. Właścicielka przyjechała żeby ostatecznie i dobitnie dać do zrozumienia, że nie życzy sobie takich ludzi, chociażby dlatego że ma zły wpływ na resztę (w gruncie rzeczy, było odwrotnie). Twierdziła że okłamał ją przez telefon, bo powiedział że nie ma nałogów. Ale mi na pytanie, czy jest alkoholikiem, odpowiedział że nie, więc chyba faktycznie nie miał nałogów. Negocjował, by zostać jeszcze tydzień, albo do końca miesiąca. Ona nie mówiła nie, dopóki nie usłyszała od niego, że „pani jest taka fałszywa…”, co wzbudziło jej zrozumiały gniew. Wtedy kardynalnie postanowiła, że do jutra ma go nie być.
Nazajutrz wparowała do domu, a on siedział z nami w kuchni i popijał wódeczkę. Tak naprawdę myślę że była to wszystko wina towarzystwa, a on po prostu nie odmawiał. Powymieniała z nim parę nerwowych uwag, a potem, widząc że to nie zmierza nigdzie, poszła do pokoju wynieść materac na którym spał. Tomek wyszedł. Ona wróciła od auta, żeby pogadać i odreagować. W tym czasie Tomek wrócił po coś, a Darek kazał mu siedzieć w pokoju dopóki nie wyjdzie i wtedy będzie mógł mieszkać dalej. Właścicielka, poczciwa baba, nic się nie zorientowała, i gdy już wychodziła, stanęła w progu pokoju, na którego końcu na ławie siedział Tomek, i zwróciła się do mnie: „dobrze, że już sobie poszedł, prawda?”. Spojrzałem kątem oka na niego i odparłem: „sympatyczny był”. Odpowiedziała coś w rodzaju: „no był, ale z tym pijaństwem…”. Pojechała sobie. On został jeszcze na parę godzin, ale ostatecznie też poszedł, bo uznał że na ławie spać nie będzie. Wszystkie rzeczy i walizy zostawił na miejscu.
Wydawało się, że to koniec naszej przygody z Tomkiem, który pozostanie barwną anegdotą, gdy zaczęło się dziać coś niepokojącego. Piotrek z pokoju obok gorączkowo zastanawiał się gdzie zostawił portfel. Szukali w pokoju, w kurtce, w samochodzie, lecz go nie było. Wreszcie Karol przygnał do domu z portfelem, w którym były dokumenty, ale nie było pieniędzy! Znalazł go w ogródku, przy furtce – ogłosił. A zatem Tomek był zepsuty do cna i odchodząc okradł jeszcze kolegę. Popędziłem do swojego schowka pod ławą, by przeliczyć pieniądze. Było ich dużo, ale najgorsze że nie wiedziałem ile powinno być. Gdyby ukradł wszystko, w mig bym spostrzegł, ale jeśli wyjął pięćdziesiątkę lub setkę, to ani bym zauważył. Przeżyłem wieczór pełen niepokoju, który w końcu ukoiłem myślą, że taki awanturnik raczej nie patyczkowałby się i wziął całość.
Od momentu wskazania winnego, w domu obowiązywały zaostrzone środki ostrożności. Wszystkie drzwi, łącznie z tymi od pokojów, miały być zakluczane. Tomek zapowiedział wszak, że wróci po swoje klamoty. Trzeba było doprowadzić do sytuacji, w której wszyscy domownicy są na miejscu, gdyż Tomek mógł przyjechać ze swoimi kumplami, albo bracholem, którego Darek widział i był z niego „taki byk”. Po długich mecyjach na temat kary, ogół uznał, że jak Tomek odda kasę, to zasługuje na liścia – widocznie jawiło się to jako bardziej honorowe niż pobicie, które też rozważano. Przejawiały się też psychologiczne wyjaśnienia czynu: najprostsze to że już mu wszystko zwisało i potrzebował pieniędzy. Ja podzieliłem się moim: będąc skrzywdzonym przez właścicielkę, miał potrzebę ukarania – a ponieważ nie mógł jej, w zastępstwie ukarał Piotrka. Grupa przyjęła to sceptycznie, choć przecież zdarzają się czynności w zastępstwie.
Każdy pilnował, żeby drzwi były pozamykane. Gdy obudziłem się o wpół do siódmej rano, bo chciało mi się siku, nie mogłem wyjść. Plaskam się w czoło: Karol mnie zakluczył, a ja mam klucze w kurtce. Rozglądam się co robić, bo nie będę wstrzymywać do nie wiadomo której. Otwieram okno, na dół jest koło dwóch metrów. Mając na sobie górę od piżamy i gacie, wyskakuję, sądząc że wrócę tą samą drogą. Gdy zrobiłem to, po co tam wyszedłem, wracam pod okno, gdzie stwierdzam że nie mogę się podciągnąć, bo jest za wysoko. Mogę dotknąć parapetu, ale to mnie nie przybliża do wskoczenia. Robi mi się zimno, to w końcu grudzień. Pukam końcami palców w szyby pokoju obok. Odzywa się kaszlenie – to Darek, któremu wykryli półtoracentymetrowego guza na płucach. Wołam: „Darek, Darek!”. Zero reakcji (czy można kaszleć przez sen?). Idę na taras, z nadzieją że może tam ktoś zapomniał drzwi zakluczyć. Nic z tego. Ale widzę stolik. Chwytam go, niosę pod okno, wdrapuję się do wyziębionego pokoju. Nareszcie mogę wślizgnąć się pod kołdrę i spać dalej. Gdy budzę się o zwykłej godzinie, czyli koło 11, wołam przez drzwi krzątającego się Darka, żeby wyjął z kieszeni klucze i mnie otworzył. Gdy wychodzę, on opowiada mi podenerwowany, że był tu ten Tomek, pijak, pukał mu w szyby i jeszcze wołał jego imię. Na pewno czekał aż wszyscy wyjdą, a zostanie tylko on, Darek, bo z nim się trzymał. On zaś chciał go jakoś przetrzymać i zadzwonić po chłopaków, żeby wrócili z pracy. Nie widział tylko czy przyjechał z bratem, czy sam. Nie wyprowadzałem go z błędu, bo trochę mnie bawiło to konspiracyjne odczytanie faktów, które rzeczywiście miały miejsce. Opowieść Darka o tym co zaszło poruszyła towarzystwo gdy wróciło z roboty.
Patrząc na walizy leżące na szafie, powoli przyzwyczajałem się do myśli, że Tomek już po nie przyjdzie, że przehandlował wszystkie swoje ubrania, kosmetyki i laptopa za 50 euro. To co zrobił nazwałem „zbrodnią antydoskonałą”, bo zawalił wszystko co było możliwe. Gdyby zabrał portfel, a nie wyrzucał go na trawę, mógłby wrócić i utrzymywać że nie ma z tym nic wspólnego, a Piotrek zgubił tenże na mieście. Jaka afera o jeden pugilares!
Wróciwszy po ponad dwóch tygodniach z przerwy zimowej, zobaczyłem ciuchy na swoim miejscu. Chciałem spytać kogoś, czy był, ale nawet nie było kogo, nie powracali jeszcze z tych swoich miasteczek. I właśnie gdy siedziałem na łóżku i myślałem czy tu był, usłyszałem gwałtowne stukanie. Podchodzę do okna, a tam nie kto inny jak Tomek, czystszy jakiś i ogarnięty. Mówi żebym go wpuścił, bo ma pracę i potrzebuje ciuchów. Ja mu na to, że nie wiem czy mogę go wpuścić, bo ukradł portfel. On na to: „jaki portfel? nic nie ukradłem, to oczernianie.” Otworzyłem mu, gdyż nie odczuwałem wcale mocniejszych więzów lojalności do całej reszty niż do niego. Starałem się wymusić na nim deklarację, że jeszcze wróci, by doprowadzić wreszcie do konfrontacji, która rzuciłaby światło na sprawę (albo skończyłaby się na wzywaniu karetki). Pytałem go, jakby wierząc w elementarną szczerość jaka kryje się w każdym na dnie: „czy ukradłeś ten portfel?”. „Za chuja wafla”, odpowiedział (wówczas poznałem takie określenie). Szukając, nigdzie nie widzieliśmy plecaka z maszynką do golenia i laptopem. Szybko domyśliliśmy się, że chłopacy to sobie schowali oddzielnie. Podałem Tomkowi numer do właścicielki. Dzwoni. Ona, rozpoznając kto to, wzdycha. Mówi o portfelu. On zaprzecza. Ona mówi, że był rzucony do ogródka. On, że nawet nie był tu nigdy w ogródku. Ona, no że tu, przy furtce. I że najlepiej jak zwróci tę kwotę i sprawa się rozwiąże. On, że nigdy w życiu, bo to będzie tak jakby się przyznał. Ona – kolejne westchnienie – że chyba sama będzie musiała pokryć. On co jakiś czas, bardzo inteligentnie wspominał, że przyjedzie tu z kimś/z chłopakami/z bratem. Trzeba znać troskę właścicielki o opinię u sąsiadów, by wiedzieć jakie to przerażenie musiało w niej wywołać. Dlatego posłała syna do nas, żeby odkluczył pokój Darka i Piotrka, by tam rozglądnęli się za plecakiem. Tomek zapewnił, że nic nie będzie ruszać, choć w obliczu jego zaprzeczenia udziału w kradzieży, nie powinno to mieć znaczenia.
W czasie gdy czekaliśmy, podzielił się ze mną swoją interpretacją, po tym gdy nagabywałem go, czy nie zrobił nigdy nic takiego po alkoholu, czego by później nie pamiętał – zrobił: wypił koledze wódkę, więc może jednak. W każdym razie, jako na potencjalnego złodzieja wskazał na Darka. Faktycznie, gdy o tym opowiadał, fakty zaczęły się ze sobą łączyć. Darek strasznie potrzebował forsy. Jechał na gwiazdkę do „tej swojej” i do córeczki. Co rusz chciał pożyczać a to sto euro, a to jeszcze ileś. Mieszka z Piotrkiem. A Tomka-pijaczka, Tomka-obszczymurka łatwo wrobić. Każdy uwierzy, że to on.
W końcu syn Kamili dotarł, w pokoju znajdował się plecak bez zawartości. Cóż, trzeba będzie to rozwiązywać dalej. Przynajmniej zyskał podwózkę do tamtąd, gdzie teraz mieszkał.
Karol i Piotrek przyjechali tego samego dnia wieczorem. Od razu spostrzegli, że rzeczy zniknęły. Piotrek, na zasadzie „ktoś jadł z mojej owsianki…”, twierdził stanowczo, że byli u niego, bo przeklucza na dwa razy, a teraz było na jeden. Opowiedziałem Karolowi wszystko, zmieniając tylko szczegóły, że to ów syn go wpuścił, a nie ja, bo wtedy to jakby działała ręka pańska. Zaraziłem go wersją, że to mógł ukraść Darek. Potem, gdy urządzili seans detektywistyczny w kuchni (bo wszystko ważne między robotnikami w tej chacie odbywa się w kuchni), Karol dodawał własne szczegóły: iż portfel ten leżał prosto na wylocie z okna. Piotrek niedowierzał. Nie mógł uwierzyć w taki nóż w plecy. Kuba mamrotał, nie dosłyszałem za którą był wersją. Było to wczoraj.
A ja nadal nie wiem, czy historia ta jest już kompletną, czy będzie miała swoje dalsze reperkusje.
| Neon Wiednia |